wtorek, 7 listopada 2017

Kilka słów o neutralności światopoglądowej

Praca redaktora czy korektora bywa wymagająca również z powodu, którym zaskakująco rzadko się wspomina - czasami dostaję materiały, które są sprzeczne z moim światopoglądem, bywa, że są wręcz obrazą dla zdrowego rozsądku.

Piszę te słowa niedługo po tym, jak dostałem do korekty tekst pewnego koncernu, który - uwaga - promuje dobroczynny wpływ spożywania dużych ilości wysokoprocentowych napojów wyskokowych. Czuję się jak bohater filmu "Dziękujemy za palenie". Miałem też ulotki reklamujące pewien suplement diety zawierający wszystko oprócz naturalnych składników, a także reklamy środków homeopatycznych (zadziwiające, że ludzie nie wierzą lekarzom, ale gotowi są uznać za lekarstwo wodę z cukrem i paroma substancjami poprawiającymi smak).


Zdarzyło mi się dostać kiedyś tekst autorstwa znanej firmy związanej z GMO i pestycydami, która słynie z nieetycznych metod działania, a która przeznaczyła do korekty dwa teksty. Jeden z nich dotyczył tzw. "dobrych praktyk", czyli zasad etycznego postępowania w biznesie. Opisane w tym dokumencie praktyki zalecały np. wręczanie prezentów w sytuacjach, gdy bezpośrednie wsparcie finansowe jest źle widziane. Ta sama firma mówiła o tym, jak bardzo korzystny wpływ na środowisko mają pestycydy - podpierała się przy tym badaniami, które były wykonane przez uczonych przez nią samą zatrudnionych.

Pamiętam, jak w ostatniej pracy, którą wykonywałem na etat, dostałem tekst również dotyczący "dobrych praktyk". Tym razem tekst naprawdę był przekonując - było tam o tym, że nie wolno dawać łapówek, drogich prezentów, oferować innych korzyści potencjalnym klientom ani próbować zdobyć głosy polityków. Wszystko ładnie, tylko że materiał pochodzi z firmy, która w ciągu ostatnich 10 lat musiała czterokrotnie płacić wielomilionowe odszkodowania z powodu afer łapówkarskich. Ostatni raz - jakieś pół roku po tym, jak redagowany przeze mnie tekst ujrzał światło dzienne.

Jakieś pół roku temu przeżyłem poważną traumę, którą musiałem wręcz zapić (spokojnie, tylko czeskim piwem, więc się specjalnie nie upodliłem). Wpadło mi bowiem spore zlecenie, w którym opisane były z przerażającą dokładnością testy kosmetyków na zwierzętach. Znalazł się też cały rozdział o tym, czemu takie testy są potrzebne i dlaczego społeczeństwo powinno być wdzięczne, że dana firma nie przejmuje się nowomodnymi sprzeciwami wobec takich testów (użyto dokładnie tych słów).

Najśmieszniej jest, kiedy dostaję do korekty teksty o diametralnie odmiennej treści od różnych klientów. Na przykład zdarzyło mi się jednego dnia dostać dwa artykuły: autor jednego z nich uzasadniał, dlaczego wycinka drzew w Puszczy Białowieskiej to zło, a drugi wychwalał pod niebiosa mądrość tak zwanego ministra środowiska. W innym przypadku dostałem manifest aktywistów promujących transport publiczny i rowerowy i reklamę organizacji, która twierdzi, że autobusy i tramwaje to samo zło, którego należy się pozbyć, by usprawnić ruch samochodowy. Innym razem dostałem jednego ulotki od dwóch organizacji - jedna była "pro-choice" i poruszała problem tzw. turystyki aborcyjnej, a druga była "anti-choice" i głosiła, że tego problemu w ogóle nie ma.

Zauważcie, że w poprzednim akapicie użyłem sformułowania "tak zwanego ministra środowiska". Otóż na swoim blogu mogę wyrażać swoje poglądy i nie przejmować się tym, czy się one komuś spodobają, czy nie. Mogę napisać wprost, że testy na zwierzętach uważam za barbarzyństwo i rzecz zupełnie zbędną, bo zwierzę może zareagować na badaną substancję zupełnie inaczej niż człowiek. Mogę się przyznać, że jestem wojującym zwolennikiem transportu publicznego i rowerowego, za to samochody darzę wyjątkową niechęcią. Mogę stwierdzić, że jeśli Ministerstwo Środowiska popiera wycinkę drzew w Puszczy Białowieskiej, to jego członkowie nie mają zielonego pojęcia o ekologii. I tak dalej.

Ale w pracy jest inaczej. Dostaję tekst do korekty i tyle. Nikt nie oczekuje ode mnie, żebym wygłaszał swoje sądy czy przesyłał uwagi na temat tekstu. Raz tylko nie wytrzymałem i napisałem, że gdyby to ode mnie zależało, to cały tekst zakwestionowałbym jako zupełnie niewiarygodny. Zleceniodawca na szczęście napisał mi, że też jest tego zdania, ale cóż - klient płaci za tłumaczenie i korektę, a nie za opinie merytoryczne. Mało tego - w umowie jest zapis, że moim zadaniem jest dokonać korekty bez ingerencji w treść, więc choćbym bardzo chciał - nic zrobić nie mogę. Moim zadaniem jest sprawić, żeby tekst był poprawny językowo, a jego treść leży w gestii autorów. Ja się mogę co najwyżej pośmiać i wrzucić ten czy inny kwiatek na swojego fanpage'a. Ale robię, co do mnie należy i trudno.

Ale skończonym oportunistą też nie jestem - raz odmówiłem przyjęcia tekstu. Otóż widzicie, jakaś organizacja, której nazwy oczywiście nie podam, wysłała do korekty sążnisty tekst, który miał dowodzić, że gwałty są zawinione w ogromnej większości przypadków przez kobiety i że to one powinny być karane, a nie sprawcy. Tekst był długi, więc dostałbym sporo kasy, ale wszystko ma swoje granice. Mimo że proponowano dopłatę. Cóż, nigdy w życiu nie wziąłem ani nie dałem łapówki, więc nie zamierzam czynić pierwszego razu.

Zdarzają się również takie teksty, po których mam ochotę albo porządnie się sponiewierać, albo odszukać i zabić autora. Ale to już temat na następny wpis.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dorosłość nie oznacza rezygnacji z bycia sobą

Gravity Falls USA 2012-2016 Według pomysłu Alexa Hirsha Dzisiaj jest wpis urodzinowy. Tak się składa, że prawie zawsze z rocznicą moje...