sobota, 18 listopada 2017

Patriotyzm i nacjonalizm a sprawa polska

Kilka dni temu pewien bardzo sympatyczny bloger zamieścił na swoim fanpage'u link do petycji o delegalizację ONR. Dziesiątki ludzi oburzyło się z tego powodu - twierdzili, że to nie miejsce na politykę. Jednak szybko wyszło szydło z worka - zaczęły padać pytania: A co ten ONR złego robi, a komu przeszkadza, a niech sobie chłopaki chodzą...

Moim zdaniem wynika to z faktu, że wiele osób mniej lub bardziej działalność ONR popiera. Może nie w każdym szczególe, ale w wielu postulatach - owszem. Niejedna osoba powie: "Tak, oczywiście, rasizm jest zły, ale przecież ONR to nie rasiści. Ale mają rację, że jak ktoś jest czarny, to żaden z niego Polak. No taaak, odnoszą się po stylistyki III Rzeszy, ale w sumie to widać, że porządek u nich wielki i dyscyplina. Tak, są nietolerancyjni, to straszna rzecz, ale w sumie to ja też nie lubię tych pedałów". I tak dalej, zawsze w stylu "Nie jestem rasistą, ale...". Dlatego uważam, że akcje takie, jak "Faszyzm nie przejdzie" nie mają sensu. Ich organizatorzy nie dostrzegają bowiem, że wbrew otwarcie wyrażanym poglądom ogromne rzesze ludzi popierają np. to, że ONR sprzeciwia się legalizacji związków partnerskich, albo przyjmowaniu imigrantów.

Graffiti z herbem Wrocławia - piękny przykład lokalnego patriotyzmu
Z drugiej strony nie mogę nie zauważyć skłonności do panikowania i przypisywania złych intencji każdej osobie, która otwarcie przywiązuje wagę do symboli narodowych, przez co cierpią wszyscy prawdziwi patrioci. Oto na przykład 11 listopada tego roku organizowano we Wrocławiu "Marsz wielkiej Polski niepodległej". Organizatorzy nie popełnili błędu z zeszłego roku i zakazali wznoszenia haseł typu "Raz sierpem, raz młotem...", zalecając hasła głoszące wielkość i chwałę narodu Polskiego. Dlatego tym razem w marszu uczestniczyły rodziny z dziećmi. Po marszu miały być przemówienia - wygłaszane również przez ludzi znanych z otwarcie rasistowskich poglądów. Dlatego większość ludzi się do tego momentu rozeszła - pozostało najwyżej 600 osób. Zgadnijcie, ilu - według organizacji lewicowych - było "faszystów" we Wrocławiu? Tak, półtora tysiąca. A kiedy lewica protestowała przeciwko faszyzmowi? Podczas marszu, czyli wtedy, gdy faszyzujący stanowili znaczną mniejszość. Mało tego  - sam byłem świadkiem sytuacji, gdy jakiś młody człowiek zaczął krzyczeć "krew i honor", a dwóch innych w szalikach WKS Śląsk doskoczyło do niego i kazało mu się przymknąć, bo mu się miejscówka pomyliła. 

I tak, jak co roku, faszyzująca znaczna mniejszość doprowadziła do tego, że słowo "patriotyzm" stało się niecenzuralnym, a Polska stała się w oczach całego świata największym na świecie siedliskiem faszyzmu. Ale wiecie co? Lewica ponosi za ten stan rzeczy jednakową winę. Nie przeczę, że nacjonalizm w polskim wydaniu niczym nie różni się od faszyzmu. Ale nie każdy, kto nosi polską flagę, jest nacjonalistą. Mało tego - nie każdy, kto nosi swastykę, jest faszystą. Symbol ten był w naszej kulturze obecny od wieków. Dzisiaj używają go organizacje rodzimowiercze, istnieje też w tradycji oznak wojskowych.

Problem z nacjonalizmem jest taki, że opiera się on na niechęci wobec wszystkich, którzy nie są Polakami i katolikami przy okazji, oraz wobec tych, którzy kiedyś mieli okazję spuścić nam baty. Dlatego właśnie zapominamy o zwycięstwach, a hołubimy "chwalebne" klęski. Jest to również sposób na usunięcie w cień wielu klęsk, jakie spotkały Polskę w najnowszej historii. A trochę tego było... Przez ostatnie 300 lat Polska przegrywała wojny (jedynie wojna polsko-bolszewicka zakończyła się remisem), a nawet, gdy była po wygranej stronie, to wychodziła na tym źle. Mieliśmy tylko dwie wygrane kampanie: udział w rozbiorze Czechosłowacji w 1938 r. (ku zgorszeniu całej Europy, pozwolę sobie przypomnieć) oraz inwazję, również na Czechosłowację 30 lat później. Zdarzało się, że Polacy mordowali Żydów, wielu „żołnierzy wyklętych” stosowało działania niczym nieróżniące się od zwykłego terroru, członkowie Narodowych Sił Zbrojnych otwarcie współpracowali z Niemcami w zwalczaniu partyzantki lewicowej, a sami żołnierze walczący w Powstaniu Warszawskim nazywają swoich byłych dowódców idiotami.

Dlatego właśnie wiele osób nosi koszulki upamiętniające Powstanie Warszawskie czy „żołnierzy wyklętych”, ale nie widziałem nigdy takiej, na której byłyby napisane „Kircholm 1605” czy „Grunwald 1410”. Szkoda, bo przecież w naszym kraju nie brakuje okazji do prawdziwej chwały! Udane walki w początkach istnienia naszego państwa i uczynienie z Polski liczącego się mocarstwa za Bolesława Chrobrego. Pogrom Krzyżaków pod Grunwaldem. Bitwa pod Kircholmem, o której zagraniczni historycy wyrażają się z największym podziwem. Warto dodać, że do pięknych polskich tradycji należy wielokulturowość, uznanie wolności jednostki i otwarcie na różnorodność poglądów. Ze współczesnych akcji - bitwa pod Mokrą, udział polskich pilotów w Bitwie o Anglię, wysiłek polskich marynarzy w konwojach atlantyckich, bitwy o Wał Pomorski, wiele udanych akcji i sianie zamętu wśród okupanta na terenach Generalnego Gubernatorstwa. Odbudowa Polski po wojnie, zwłaszcza Wrocławia, Warszawy i Gdańska, które to miasta były doszczętnie zniszczone, a podźwignęły się niczym feniks z popiołów – tak, z tego też powinniśmy być dumni!


W tym miejscu sam zadaję sobie pytanie - czy jestem patriotą? Moim zdaniem tak, chociaż niezbyt dobrym. Kocham ten kraj mimo wszelkich jego niedostatków. Znam historię Polski dość dobrze, staram się poznać lepiej. Wstaję, gdy usłyszę hymn . Potrafię chwalić się blaskami naszych dziejów, ale też potrafię przyznać się do błędów, jakie Polacy popełniali na przestrzeni lat. Cieszą mnie sukcesy polskich sportowców czy krajowego przemysłu. Uważam, że Polska jest krajem pięknym i dlatego zupełnie nie czuję potrzeby wyjeżdżania za granicę na wycieczki. No, może poza Czechami, które uwielbiam. Dbam o środowisko. Staram się kupować polskie produkty. Pracy też szukam wyłącznie u nas (i bariera językowa ma tu najmniejsze znaczenie, uczciwie mówię!). Ale nie ukrywam też, że nigdy nie wstąpiłbym do wojska, żeby "walczyć za ojczyznę". Uważam, że bardziej chwalebna od walki za ojczyznę jest bowiem praca dla niej.

Natomiast na pewno nie jestem i nie będę nacjonalistą, gdyż z punktu widzenia nacjonalisty nie jestem nawet Polakiem, mimo że mieszkam w tym kraju od urodzenia i innego języka praktycznie nie używam. Jest bowiem wysoce prawdopodobne, że cztery pokolenia wstecz żaden z moich przodków nie mówił dobrze po polsku. W mojej krwi jest najwięcej Ukrainy i Czech.



Na koniec mała anegdotka. Jak najłatwiej nacjonalista może wkurzyć Człowieka-Redaktora? Nazwać herb Polski godłem. To jest bowiem bardzo poważny błąd merytoryczny. A jak ja mogę najłatwiej wkurzyć nacjonalistę? Przypomnieć mu, że swoją obecną, jednolitą etnicznie Polskę zawdzięcza wyłącznie komunistom...

wtorek, 7 listopada 2017

Kilka słów o neutralności światopoglądowej

Praca redaktora czy korektora bywa wymagająca również z powodu, którym zaskakująco rzadko się wspomina - czasami dostaję materiały, które są sprzeczne z moim światopoglądem, bywa, że są wręcz obrazą dla zdrowego rozsądku.

Piszę te słowa niedługo po tym, jak dostałem do korekty tekst pewnego koncernu, który - uwaga - promuje dobroczynny wpływ spożywania dużych ilości wysokoprocentowych napojów wyskokowych. Czuję się jak bohater filmu "Dziękujemy za palenie". Miałem też ulotki reklamujące pewien suplement diety zawierający wszystko oprócz naturalnych składników, a także reklamy środków homeopatycznych (zadziwiające, że ludzie nie wierzą lekarzom, ale gotowi są uznać za lekarstwo wodę z cukrem i paroma substancjami poprawiającymi smak).

środa, 1 listopada 2017

Stranger Things 2 - serial nie całkiem familijny

Stranger Things 2

USA 2017
Scenariusz i reżyseria: Matt i Ross Dufferowie

Czy istnieje coś takiego jak horror familijny? Moim zdaniem tak - jeśli ktoś oglądał "Super 8" J. J. Abramsa, to wie, o czym mówię - swoistej mieszance kina familijnego (bohaterem są dzieci, ewentualnie nastolatki, poznajemy ich codzienne życie, problem i radości) i horroru (nieznane, potworne niebezpieczeństwo, które wprowadza atmosferę poczucia ciągłego zagrożenia). Produkcje takie są zupełnie mylnie uważane za adresowane do dzieci i młodzieży - tymczasem są adresowane raczej do widowni dorosłej, a na pewno powyżej 12 roku życia, choćby z powodu specyficznej atmosfery i poziomu przemocy. Do mistrzowskiego poziomu ten rodzaj dzieła filmowego osiągnął w serialu "Stranger Things".

czwartek, 26 października 2017

Thor: Ragnarok - nawet bohaterowie dojrzewają

Thor: Ragnarok

USA 2017
Reżyseria: Taika Waititi
Scenariusz: Eric Perason, Craig Kyle, Christopher Yost

Komiksowi superbohaterowie mają to do siebie, że - z nielicznymi wyjątkami (np. John Constantine) się nie starzeją. W filmie tak łatwo nie ma, choćby dlatego, że z upływem lat zmieniają się aktorzy, a poza tym nie da się nie zauważyć, że pod wpływem różnych wydarzeń zmieniają się postawy, poglądy i sposób działania. W filmie "Thor: Ragnarok" dojrzeć muszą niemal wszyscy, a ci, którzy tego nie potrafią, są skazani na porażkę. Tytułowy bohater jest tego najlepszym dowodem.

Po długiej nieobecności spowodowanej działalnością na Ziemi, Thor powraca do Asgardu, by dowiedzieć się, że osoba, którą wszyscy biorą za Odyna, władcę krainy, to w rzeczywistości jego przybrany brat Loki. Okazuje się, że Odyn sam, z własnej woli udał się na wygnanie, aby do końca powstrzymywać przed wydostaniem się na wolność swoją pierworodną córkę Helę. Po odejściu Odyna Hela powraca, by ukazać całemu Wszechświatowi najgorsze oblicze bogów Asgardu, a Thorowi - że nie jest tak potężny, jak mu się wydaje. Thor nie jest w stanie jej powstrzymać i przypadkiem trafia na wygnanie, gdzie szuka pomocy. Jedynym sposobem na pokonanie Heli jest bowiem wywołanie Ragnaroku - ostatniej wojny bogów.

wtorek, 17 października 2017

#metoo


Właśnie wczoraj dowiedziałem się o pewnej facebookowej akcji. Jednak nie jest to jeden z wielu niezbyt inteligentnych łańcuszków. Otóż użytkowniczki zaczęły wklejać na swoje tablice hasztag jak w tytule i wspominać, w jakich okolicznościach spotkały się z molestowaniem.

Skala zjawiska mnie przeraziła, ale niestety nie zaskoczyła.

Bo, widzicie, mieszkamy w kraju, w którym przemoc w rodzinie jest uważana za czyn normalny. Podobnie jak chamskie i poniżające zachowanie względem kobiet. Na przykład przeczytałem sobie przed chwilą wspomnienie pewnej kobiety, którą jako nastolatkę zaczął obłapiać przyjaciel ojca - na oczach ojca! Jak zachował się rodziciel? Ano zaczął mówić córce, że przesadza i nic się nie stało. Wczoraj dotarłem do historyjki o tym, jak pewna pasażerka taksówki musiała pod groźbą użycia gazu pieprzowego zmusić taksówkarza do otworzenia bagażnika i oddania jej bagażu, bo nie uznawał słowa "nie". Znalazłem też historię kobiety, którą szef codziennie dotykał w różne miejsca, a podczas rozmowy w cztery oczy powiedział wprost, że "bez loda awansu nie będzie". Strach pomyśleć, co przeczytam jutro.

czwartek, 12 października 2017

Łowca Androidów - czy film może być zbyt ambitny?

Blade Runner 2049

USA 2017
Reżyseria: Denis Villeneuve
Scenariusz: Hampton Fancher, Michael Green


"Blade Runner" to film uznawany przez wielu za kultowy. Ciekawa to rzecz, bo stało się tak w dużej mierze za sprawą pamiętnego, improwizowanego monologu Rutgera Hauera. Jak ktoś nie wierzy, to proszę "na szybko" wywołać z pamięci inne sceny z filmu! Niemniej, mnie osobiście ten film bardzo się podobał. To było kino! Widziałem ludzi, którzy zachowywali się jak roboty i androidy, które rozpaczliwie chciały być ludźmi. Do tego dostałem wspaniały klimat rodem z czarnego kryminału, intrygę, tajemnicę, niebezpieczne śledztwo i umiejętnie przeplatanie scen akcji ze spokojnymi, dzięki czemu film odpowiednio tonował napięcie. Do tego była piękna muzyka i naturalnie brzmiące dialogi. W moich oczach - rzadki przykład filmu właściwie pozbawionego wad.

Kiedy usłyszałem, że film ma się doczekać kontynuacji, oczywiście wiedziałem, że jako fan SF na pewno do kina pójdę. Ale zacząłem się bać - z trzech powodów. Obawiałem się tego, że producentem ma być Ridley Scott, który ostatnio wziął się za zabijanie swojego najsłynniejszego dziecka - "Obcego" - i nawet nie będąc reżyserem, mógłby tutaj zrobić to samo. Po drugie - zastanawiałem się, czy dzisiaj, kiedy ludzie dostali filmy o podobnej tematyce, takie jak "Ghost in the Shell" czy "Ex Machina", kontynuacja przeboju sprzed lat ma w ogóle sens. Po trzecie wreszcie - obawiałem się, że narobię sobie apetytu, a film mnie rozczaruje. Niestety - obawy były słuszne. Ale nie uprzedzajmy faktów.


Film reżyserował Denis Villeneuve, którego kojarzę przede wszystkim za przepiękny "Arrival", co samo w sobie było rekomendacją. Istotnie, tutaj również dostałem kino przepiękne wizualnie. Ujęcia miasta z lotu ptaka, pustynne krajobrazy, samotne drzewo, wyschnięte, jakby nie było dla niego miejsca - to wszystko zrobiło na mnie wrażenie. Ale wykonane z rozmachem efekty wizualne to nie wszystko. Niestety, to, co w "Arrival" rzucało mnie na kolana, tutaj zostało - brakuje mi słowa - przesadzone? Brakuje mu pamiętnego, "brudnego" klimatu rodem z pierwszego "Blade Runnera". Owszem, twórcy próbowali naśladować ten klimat, na przykład dodając wszechobecny deszcz, ale mimo wszystko nawet sceny ukazujące slumsy sprawiają wrażenie wręcz sterylnych. Skutkiem tego otrzymujemy miasto nie mroczne, niebezpieczne, ale nowoczesne, neonowe.

Najgorsze jest jednak to, że - w przeciwieństwie do filmu Ridleya Scotta - "Blade Runner 2049" jest potwornie ślamazarny. W tamten film, przypomnę, umiejętnie wpleciono sceny, gdzie akcja toczy się nieco szybciej. "Blade Runne 2049" jest dla odmiany powolny. Dosłownie - bohaterowie wolno się poruszają, wolno mówią i wolno reagują. Jakby "normalny" film został puszczony w zwolnionym tempie. Jakby reżyser uznał, że ambitne kino to takie, w którym nic się nie dzieje, a jakiekolwiek ożywienie czy zwroty akcji obniżają wartość artystyczną (chociaż w "Arrival" takich zabiegów się nie bał). Poza tym większość dialogów i monologów sprawia wrażenie mówionych na siłę, zupełnie jakby scenarzysta chciał "zaćmić" słynny monolog Rutgera Hauera. Tylko że te teksty sprawiają wrażenie sztucznych, wymuszonych i przesadnie patetycznych. Z tego powodu to, co mogłoby wzruszać - jest żenujące i nieprzekonujące, a to, co ma budzić niepokój - nierzadko śmieszy. Film staje się bardziej znośny od momentu, kiedy na ekranie pojawia się Harrison Ford i chociaż na ten czas klimat zaczyna przypominać "starego" "Blade Runnera" - ale to za mało, za krótko.



Wydaje mi się, że "Blade Runnera 2049" próbowano uczynić zbyt dobrym, skutkiem czego został przeinwestowany. Zamiast skupić się na przykład na klimacie, zdecydowano się zadbać o wszystko naraz, np. o efekty wizualne. Niestety, rzeczy te nie zawsze współgrają, na przykład nie da się stworzyć kina noir, ukazując sterylne wnętrza. Muzyka, która najwyraźniej ma naśladować dzieła Vangelisa filmu Ridleya Scotta jest monotonna i raczej usypia niż wprowadza w odpowiedni nastrój. Poza tym, nie ukrywam, dzisiaj - kiedy widziałem filmy takie jak "Ex Machina" - tematyka filmu nie jest już ani nowatorska, ani wyjątkowa. Film sprawiał momentami wrażenie wtórnego; pytania, które widz ma sobie po jego obejrzeniu zadawać, od czasów pierwszego "Blade Runnera" pojawiały się już dziesiątki razy.

"Blade Runner 2049" to film, który wzbudza ambiwalentne odczucia. Jedni mówią o nim jak o arcydziele, inni - jak o nieudolnej kopii oryginału. Ja stawiam siebie pośrodku: Nie uważam tego filmu za zupełną porażkę, ale nie potrafię powiedzieć, że jestem zadowolony z czasu spędzonego w kinie. Jestem zadowolony, że go obejrzałem, ale za dwa tygodnie bez żalu o nim zapomnę.

czwartek, 5 października 2017

Born in PRL, czyli zdradliwy powrót do dzieciństwa

Wiele osób w nieco mniej młodym wieku lubi sobie wejść na jakąś stronę ze zdjęciami urządzeń, miejsc, scen filmów i seriali czy potraw z okresu PRL i powspominać, jak to dawniej było. Dzisiaj, za sprawą Internetu, "powrót do dzieciństwa" jest nierzadko możliwy. Tylko że można się mocno rozczarować.


Żeby było jasne - mam zamiar zająć się produkcjami określanymi mianem "familijnych". Bo wiadomo, że dorosły człowiek dobranocek oglądać nie będzie :)

Całkiem niedawno usłyszałem z przyjaciółką motyw przewodni z serialu "Policjanci z Miami". Serial absolutnie kultowy, który sprawiał, że w godzinach emisji ulice pustoszały. Każdy chciał być policjantem zwalczającym bandziorów i do tego jeszcze jeździć takim wypasionym samochodem, jak jeden z głównych bohaterów. A że dodatkowo zachwyciła nas piosenka "You Belong to the City", zechcieliśmy przypomnieć sobie odcinek, w którym utwór ten się pojawiał. Wytrzymaliśmy jakiś kwadrans, by stwierdzić, że teraz, po latach, ten serial jest jakiś... sztuczny i nudnawy.

Patriotyzm i nacjonalizm a sprawa polska

Kilka dni temu pewien bardzo sympatyczny bloger zamieścił na swoim fanpage'u link do petycji o delegalizację ONR. Dziesiątki ludzi oburz...