niedziela, 3 grudnia 2017

Trzy zawody o największej skłonności do pijaństwa

Do najciekawszych tekstów, jakie dostaję do redakcji/korekty, należą różnego rodzaju raporty i statystyki, często skłaniające do myślenia i zawierające zaskakujące spostrzeżenia. Oto na przykład dowiedziałem się raz, że należę do trzech grup zawodowych z największym odsetkiem alkoholików.


Alkoholizm to choroba, bardzo poważna. Nie mam tu na myśli ludzi, którzy od czasu do czasu "strzelą" sobie o jednego za dużo i im odbija - nie, mówię o stanie, w którym bez alkoholu masz wrażenie, że zaraz się kompletnie rozsypiesz. Co ciekawe, taki stan często powstanie właśnie dlatego, że człowiek naprawdę się rozsypywał. Pod każdym względem z wyjątkiem fizycznego. A jak przestanie pić, to znów wróci do tego stanu, więc się tego boi i woli zostać przy alkoholu. Nie jest moim zamiarem obrona alkoholików, bo wiem, ile krzywd wyrządzają swoim bliskim. Po prostu chcę, żebyście zrozumieli, dlaczego pomóc im jest tak ciężko: Trzeba ich najpierw przekonać, że bez alkoholu będzie lepiej. A w przypadku trzech grup zawodowych jest ciężko.



1. Policjant

To akurat nie powinno dziwić, ale jako że dostałem "dyspensę" na poruszenie tego problemu, to pozwolę sobie przytoczyć przykład koleżanki, która jest właśnie policjantką, bynajmniej nie gryzipiórkiem. Wyobraźcie sobie pracę, w której codziennie musicie oglądać to wszystko, co wstrząsnęło Wami podczas niedawno oglądanego filmu kryminalnego. Przypomnijcie sobie "Plac Zbawiciela" i pomyślcie, że znacie tę sytuację, widzicie na co dzień. A bywa, że i kilka razy dziennie. Policjant często widzi sceny, których żaden normalny człowiek oglądać nie chce, chyba że w kinie. Jest świadkiem najgorszych przykładów ludzkiego zbydlęcenia, złość go ogarnia... ale nie może nic zrobić, bo w danych okolicznościach byłoby to niezgodne z prawem.

Ale najgorsi są ludzie. Z powodów historycznych (PRL) policjant jest jednym z najmniej szanowanych zawodów. Oczywiście policjanta nienawidzą ci, którzy mają coś na sumieniu - tyle że w Polsce takich ludzi jest wyjątkowo sporo. Kierowcy nagminnie przekraczający prędkość, przejeżdżający na czerwonym świetle, urządzający burdy po pierwszy piwie, wykorzystujący żonę lub dzieci w charakterze worków treningowych - to ostatnie przy pełnej akceptacji sąsiadów, gdyż przemoc domowa jest w Polsce w znacznej mierze akceptowana społecznie. Jeśli znajdzie się ktoś życzliwy, kto wezwie policję, to członkowie rodziny patologicznej ZAWSZE przerywają bójkę i wspólnie rzucają się z wyzwiskami na przybyłego funkcjonariusza. Podobnie jak większość sąsiadów.

Albo jak w przypadku niedawnych protestów przy wrocławskim komisariacie na Trzemeskiej: Wiem, bo tam byłem i widziałem. Stoją policjanci - po prostu, stoją nieruchomo, w liczbie kilkudziesięciu. Naprzeciwko nich najgorsza swołocz w postaci kilkuset pijanych, naćpanych i Bóg wie co jeszcze narodowców, dresiarzy i kiboli, którzy rzucają policjantom w twarz wyzwiska, wielu z nich trzyma w rękach puszki i butelki, a w tym wszystkim jeden z nich staje przed innymi i krzyczy: "Spokojnie, nie dajmy się sprowokować!". Tak jakby policja cokolwiek robiła! A każda osoba w mundurze bała się, że któryś z tej bandy nie wytrzyma i zacznie się regularna bójka.

Po czymś takim policjant ma ochotę zapomnieć. O wszystkim, co widział, usłyszał i przeżył. A najłatwiej i najtaniej zrobić to, zalewając się w trupa. Niestety.

2. Dziennikarz

Mam na myśli niekoniecznie jakiegoś np. korespondenta wojennego, ale raczej dziennikarza zajmującego się nawet codziennymi sprawami mieszkańców. Rzecz w tym, że często praca dziennikarza niewiele różni się od policyjnej. Jeśli ma napisać o awanturze domowej, to musi rozmawiać z mieszkańcami. Jeśli są jakieś zamieszki, to musi iść to zobaczyć na własne oczy. A w takich przypadkach łatwo dostać przypadkiem latającą butelką czy po prostu pięścią. A dziennikarza, w przeciwieństwie do policjanta, nie chroni mundur! Może mieć nadzieję, że osoby, na które się natknie, nie będą miały mu za złe zadawanie pytań na tyle, żeby go nie pobić.

Dochodzą też sprawy trudniejsze. Na przykład robienie reportaży z manifestacji czy protestów. Problem w tym, że wiele osób bardzo źle traktuje dziennikarzy z tzw. "drugiej strony barykady". Dziennikarz z TVP Info może oberwać podczas "Parady równości", z kolei na własne oczy widziałem, jak kilku narodowców niemal pobiło reporterkę TVN. Poza tym dziennikarz często widzi ofiary wypadków, pobić, zabójstw, a zajmując się tematami społecznymi, nierzadko ogląda sceny rodem z filmów Smarzowskiego.

Po pewnym czasie dziennikarz albo się wypala, albo znieczula. W tym drugim wypadku aż nazbyt często, podobnie jak policjant, znieczula się alkoholem. W tym przypadku to jednak lepiej, bo drugą opcją jest stanie się maszyną kompletnie nieczułą na ludzkie cierpienie, również swoich bliskich.

3. Pracownik biura tłumaczeń

Zaskoczeni?

Opowiem o tym z własnego doświadczenia. Praca jest niezbyt dobrze płatna, przede wszystkim dlatego, że wiele firm i wydawnictw uważa dokładność w tłumaczeniu, redakcji i korekcie za stratę czasu i pieniędzy. Błędy? Oj tam, oj tam, ludzie się pośmieją i na tym się skończy. Dlatego nawet jeśli biuro tłumaczeń dostanie jakieś zlecenie, to swoim pracownikom nie może zapłacić zbyt wiele. W dodatku firm takich jest stosunkowo mało, więc jeśli już ma się takiego zleceniodawcę, to człowiek trzyma się go zębami i pazurami, co często oznacza bycie do dyspozycji niemal przez całą dobę. Zdarzyło mi się robić zlecenia w nocy, a w tym roku przez całą wiosnę nie miałem ani jednego wolnego weekendu, wliczając święta wielkanocne. Poza tym z tymi zleceniami jest tak, że raz są, a raz nie ma. Jak nie ma, to się człowiek zastanawia, za co opłaci dom, jedzenie, wszystko. Dłuższy okres bezczynności przyprawia w depresję, a mniej odpornych nawet w myśli samobójcze, z którymi walczy się głównie alkoholem.

Oczywiście pożądana sytuacja to taka, kiedy zlecenia są. W tym wypadku trzeba wykazać się niezwykłą dokładnością - każdy przecinek i każda literka mają w tłumaczeniach ogromne znaczenie, bo są w stanie zupełnie zmienić sens zdania, a czasem np. nazwę firmy, co skutkować może unieważnieniem jakiejś umowy i wielomilionowe straty. Nie przesadzam - jeden z klientów mojego zleceniodawcy stracił kilkaset tysięcy euro z powodu braku jednej kropki w nazwie firmy widniejącej w umowie - umowa została przez to unieważniona. Tak więc pracownik biura tłumaczeniowego wykonuje pracę niezbyt dobrze płatną, a przy tym potwornie wymagającą i stresującą.

Ktoś może zapytać: Po co w takim razie w tym siedzieć? Odpowiedź brzmi - prawda jest taka, że lubię tę pracę: Jest ciekawa, wiele się można nauczyć, a przesyłane mi dokumenty niejednokrotnie mi pomogły, np. w naprawie kuchenki gazowej. Raz nawet pomogłem sąsiadowi w naprawie samochodu, bo przypadkiem miałem szczegółową instrukcję do identycznego modelu. Nie zmienia to jednak faktu, że opisany tryb życia sam z siebie jest stresujący, dodajmy do tego wymagania i mamy gotowy przepis na przyszłego alkoholika, który początkowo pije po to, żeby się uspokoić, a potem...

Na koniec pragnę wszystkich uspokoić: Nie jestem alkoholikiem. U mnie stres uwidocznił się w inny sposób: Klnę jak szewc, przy każdej okazji i w każdych okolicznościach. Ale chyba lepsze to niż picie na umór.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Wolność! Równość! Sprawiedliwość! (I jajko na twardo!) - kilka słów o wrocławskich anarchistach

Wielu osobom anarchiści kojarzą się z punkami z czubami na głowach i agrafkach na twarzy, którzy piją tanie wina i malują "No future&...