sobota, 10 lutego 2018

Moje Nadodrze

Każdy ma swoje miejsce na Ziemi. Moim jest Wrocław. Kocham to miasto, każdą jego uliczkę i kamieniczkę. Jednak w przeciwieństwie do większości, unikam zatłoczonego Starego Miasta czy Ostrowa Tumskiego - wolę przemykać po wąskich, często jeszcze brukowanych uliczkach między kamienicami. Takimi, jakich sporo jest na osiedlu będącym moim aktualnym miejscem zamieszkania.

Nadodrze to twór trochę sztuczny, wydzielony z większego osiedla o nieci dziwnej nazwie Ołbin, które do 1808 r. było osadą przylegającą do miasta. Potem zostało włączone w jego obręb, gdzie stało się tak zwanym Przedmieściem Odrzańskim. Na przełomie XIX i XX w. zbudowano tam setki kamienic, z których większość przetrwała wojnę i można je oglądać do dzisiaj. W 1991 r. Ołbin podzielono na kilka mniejszych osiedli, w tym właśnie Nadodrze.

Osiedle to ma wśród wielu osób opinię nieprzyjemnego i niebezpiecznego. To przesada, żeby nie rzec - bzdura. Ludzie, którzy tak mówią, najczęściej ostatni raz byli na Nadodrzu jakieś 20 lat temu lub chyłkiem przemknęły jedną z głównych ulic, istotnie niezbyt atrakcyjnych. Co do bezpieczeństwa - czuję się tu znacznie pewniej niż w choćby na wspomnianym Starym Mieście. Czy warto tu zajść? Oceńcie sami.


Przez wiele lat osiedle to pozostawało mocno zaniedbane - podobnie jak inne skupiska kamienic. Jednak od lat stopniowo, ale skutecznie realizowany jest program rewitalizacji. Program ten zadaje kłam twierdzeniu, że jakiekolwiek odnawianie nie ma sensu, bo mieszkańcy są tacy sami - lokatorzy odnowionych kamienic są dumni ze "swojego" domu i zwykle bardzo o niego dbają. Poza tym powstają tutaj większe i mniejsze skwerki, place z ławeczkami. Latem siedzą tutaj matki z dziećmi, a przez cały rok - starsze panie karmiące gołębie lub dzikie koty.


Muszę jednak uczciwie przyznać, że w Nadodrzu pozostało jeszcze wiele do zrobienia. Wrocław jest czasem wykorzystywany przez filmowców, by udawał przedwojenny Berlin - niektóre miejsca Nadodrza odgrywają Berlin w 1945 roku. Co widać na załączonym obrazku. Co ciekawe - miejsca takie nierzadko mają swoich lokatorów - nie tylko "pospolitych" bezdomnych, ale też młodych uciekinierów z domu lub zbuntowanych przeciwko całemu światu anarchistów, którym jakimś cudem udało się tam nawet podciągnąć prąd!

Generalnie lubię myśleć o Nadodrzu jak o wrocławskim odpowiedniku nowojorskiego Bronxu: Dzielnicy biednej, ale mającej swój klimat, zamieszkanej nie tyle przez pospolitych pijaczków - jak głosi popularny stereotyp - ale głównie przez niespełnionych artystów i osoby takie jak ja :), pracujące w domowym zaciszu, żyjące skromnie, ale zadowolone z życia. Dowodem tego może być fakt, że niewiele jest tutaj graffiti będącego ewidentnie przejawem wandalizmu. Czasami jest to radosna twórczość mająca podkreślić indywidualność, np. właściciela takiego oto, niezbyt nowego samochodu.

Nadodrze jest wrocławskim "zagłębiem piekarniczym". Tutaj skupionych jest wiele piekarni mających opinię najlepszych w mieście, a niemal każdego ranka można tu oglądać sceny jak z czasów komuny - spore kolejki ustawiające się za świeżym pieczywem. I nie tylko - tutejsze wypieki są naprawdę wyjątkowe w smaku. Osoby przestrzegające jakiejś ścisłej diety niech lepiej omijają to miejsce z daleka. A kusić potrafi - zapachami, a nawet nazwą. Jak można obojętnie ominąć lokal o tak zachęcającej nazwie?

Na Nadodrzu mieści się Elektrociepłownia Wrocław. Ciekawostką pozostaje więc fakt, że ogromna większość domów na osiedlu nie jest podłączona do sieci ciepłowniczej, lecz jest ogrzewana piecami kaflowymi. Ja mam szczęście, bo właściciel mieszkania, które wynajmuję, zdecydował się na montaż ogrzewania gazowego. Taniej i czyściej. Niestety, niewiele osób może sobie na to pozwolić - mimo dopłat ze strony miasta to nadal pewien wydatek. Skutkiem tego zimą z kominów wydobywa się gęsty, czarny dym, pochodzący niestety nie tylko z palonego węgla, ale i wszelkiego rodzaju śmieci. Wiecie, że w mojej kamienicy studenci wsadzili do pieca podkład kolejowy? Nawet go nie porąbali - wystawał z paleniska na półtora metra!

Nadodrze jest jednym z najlepiej skomunikowanych osiedli w mieście. W promieniu pięciu minut spacerem od domu mam w zasięgu cztery przystanki tramwajowe, tyleż autobusowych, a nawet dworzec kolejowy. Całe miasto w zasięgu ręki! Dworzec jest piękny (nie wiem, czy na tym ujęciu to widać) i właśnie zyskał szansę na rewitalizację za sprawą wykupienia przez człowieka mającego rękę do obiektów zabytkowych. Moim zdaniem to jeden z najpiękniejszych dworców w Polsce.


Przez stację Wrocław Nadodrze przebiega wyjątkowo ruchliwa linia kolejowa - na Oleśnicę i dalej na Śląsk oraz na Łódź i Warszawę. Tędy jeżdżą też ciężkie pociągi towarowe do Trójmiasta. Stacja lata świetności ma jednak za sobą - podobnie jak wiele innych na Dolnym Śląsku. Kiedyś sieć kolei była tu gęsta, swoją linię kolejową miało każde niemal miasteczko. Niestety ani władze, ani PKP nie umiały zadbać o spuściznę po twórcach tego systemu. Efektem jest wiele zamkniętych linii, a nawet na ruchliwych trasach widać zarastające tory i urządzenia. Jest tego jedna zaleta - takie miejsca to idealne miejsce do spacerów, jeśli ktoś potrzebuje wyciszenia: nie ma turystów, tłumów ludzi, ruchu ulicznego...


Do Nadodrza jeszcze niedawno docierała kolejka wąskotorowa! Można nią było dojechać do pobliskiej Trzebnicy. Niestety została zlikwidowana, a jedyną pamiątką po niej są wystające miejscami spod asfaltu szyny, budynek dworca oraz sprowadzona niedawno lokomotywa. W tamtych czasach nikt nie myślał o tym, jak wielkie znaczenie może mieć taka kolejka dla ruchu turystycznego.




Taki widok widzę codziennie, gdy wychodzę z domu. Nadodrze jest miejscami mocno zaniedbane, ale wszędzie można znaleźć jakiejś zaułki czy ściany, na których ktoś starał się zrobić, co mógł, by w jakiś sposób upiększyć okolicę.










Poza tym o pomoc artystów proszą także właściciele miejscowych lokali, którzy proszą ich o stworzenie oryginalnej reklamy swojego baru czy punktu usługowego. A podkreślić muszę, że Nadodrze jest zagłębiem nie tylko piekarniczym, ale i kulturalnym. Istnieją tutaj liczne lokale łączące w sobie funkcje kawiarni i galerii artystycznej czy szkoły rękodzieła itp. Można tutaj spotkać również wielu wykonawców tzw. zawodów ginących, którzy regularnie organizują pokazy dla turystów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dorosłość nie oznacza rezygnacji z bycia sobą

Gravity Falls USA 2012-2016 Według pomysłu Alexa Hirsha Dzisiaj jest wpis urodzinowy. Tak się składa, że prawie zawsze z rocznicą moje...