Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wrocław. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wrocław. Pokaż wszystkie posty

sobota, 4 kwietnia 2020

Kilka słów o absurdach i braku odpowiedzialności w czasach zarazy.

Mame wysłała mi SMS, że w Kauflandzie jest promocja na kocie jedzenie, więc jadę z samego rana, żeby zdążyć przed godzinami dla seniorów. Dołącza do mnie K., która radzi, żebym na czas oczekiwania na wózek wziął trylogię Sienkiewicza do poczytania. Okazuje się, że wszelkie przewidywania są niesłuszne - kolejka jest niewielka, jakieś 30 osób i zaledwie po 20 minutach wchodzimy do sklepu.

Absurd nr 1: Jesteśmy razem, ale musimy wejść pojedynczo. Każde z nas musi wziąć oddzielny numerek, co oczywiście wydłuża czas oczekiwania.

niedziela, 16 czerwca 2019

Space Adventure Wrocław

We Wrocławiu właśnie kończy się wystawa "Space Adventure", która ukazuje historię lotów kosmicznych. Niewiele jest tutaj imponujących zdjęć Kosmosu, za to sporo informacji na temat warunków życia na orbicie. Jako wielki pasjonat misji kosmicznych nie mogłem tego ominąć, chociaż przyznam, że cena biletów nieco mnie odstraszała.

W 1988 r. obejrzałem pierwszy odcinek serialu "Star Trek: Następne pokolenie", jedynego, o którym mogę powiedzieć, że mocno wpłynął na moje życie. Od tamtej pory astronomia i astronautyka stały się moimi pasjami. Cóż, w Polsce szansa na bycie astronautą jest zerowa, na zostanie astronomem - niewiele większa. Ale skoro nie mogę zajmować się tym zawodowo, to zawsze mogę zgłębiać wiedzę na ten temat. No dobra, dość gadania.



Wnętrze "rakiety" z filmu "Lot na Księżyc" z 1902 r. Ludzkość marzyła o lotach w Kosmos od lat. Jules Verne jako pierwszy opisał w sposób dość realistyczny lot kosmiczny. Pewne rzeczy się na swój sposób sprawdziły - np. wystrzeliwanie ludzi w kapsule, nadanie jej ogromnej prędkości początkowej, by potem leciała siłą rozpędu (w praktyce to trochę bardziej skomplikowane, ale chodzi o zasadę). Szkoda trochę, że nie sprawdziła się wizja o zamieszkanym Księżycu :) Film można było oglądać na ekranie obok. Ciekawa rzecz!









Sputnik 1. Amerykanów mało szlag nie trafił, gdy dowiedzieli się, że Rosjanie wystrzelili rakietę pierwsi. Nie udało im się, bo nie mieli całkowitego zaufania do cudzoziemca - Wernera von Brauna. Ten błąd miał ich kosztować również utratę pierwszego miejsca w wyścigu o wysłanie pierwszego człowieka w kosmos.
Poniżej, na ilustracji, widać statek Wostok, w którym Jurij Gagarin odbył swój lot w kosmos. Taką samą rakietą odbyło podróż jeszcze pięciu astronautów. Jeden z nich spędził w kosmosie 5 dni. Cały czas w tej samej pozycji, w maleńkiej kabince wielkości kabiny w toalecie publicznej.


Rakieta Wostok. Właściwy statek mniej więcej w połowie tej białej części na dziobie. Te duże stożki to silniki I stopnia, które były odrzucane po kilkudziesięciu sekundach. Na orbitę docierał statek o średnicy ok. 3 m, który potem opadał na Ziemię. Astronauta był wystrzeliwany z fotela katapultowego i lądował na spadochronie. Można zatem powiedzieć, że z tej ogromnej rakiety na Ziemię nie powracało prawie nic.






Saturn V. Rakieta zaprojektowana przez wspomnianego von Brauna, która posłużyła do realizacji misji wysłania człowieka na Księżyc. Do dzisiaj nie zbudowano na świecie potężniejszego pojazdu. Na dziobie (szary walec z białym stożkiem) znajduje się statek Apollo, który miał lecieć na Księżyc. Osiągał prędkość blisko 40 tys. km/h. Niby dużo, ale w skali kosmicznej nadal żałośnie mało...






Pierwsze zdjęcie człowieka na Księżycu. Obok widoczne zdjęcie wszystkich członków misji Apollo 11. Lądowanie o mały włos się nie odbyło z powodu błędu komputera, który - będąc wielkości szafy - miał moc obliczeniową Nokii 3310 i popełnił kilka błędów. Potem odbyło się jeszcze pięć udanych lądowań. Przywieźli ze sobą dużo próbek skał - jedną z nich można było pomacać na wystawie :) W dotyku lekko tłustawa, trochę jak glina.





To po lewej to przyrząd do odbierania moczu. W stanie nieważkości najprostsze czynności generują niespotykane na Ziemi problemy. Na przykład powietrze musi być w ciągłym ruchu, bo inaczej zużyte powietrze nie oddali się od naszych nosów i szybko się udusimy. Do jedzenia używa się łyżeczek deserowych, bo jedzenie przykleja się do nich z obu stron. O kubkach oczywiście możemy zapomnieć. Jako że Amerykanie lubią napoje z puszek, wymyślono puszki ze specjalnym ustnikiem, jedną z nich widać po prawej.



Wahadłowiec Space Shuttle. Wysyłanie rakiet w kosmos oznaczało, że wydaje się mnóstwo kasy na potężną rakietę, z której na Ziemię wracał tylko maleńki fragmencik. Postanowiono temu zaradzić, budując statek wielokrotnego użytku. Pomysł udał się tylko częściowo - przygotowanie statku do ponownego lotu kosztowało tyle, co zbudowanie nowej rakiety. Plusem była znacznie większa przestrzeń życiowa dla astronautów (mieli tam dwa pomieszczenia - służbowe i mieszkalne). Wahadłowiec składał się z tzw. orbitera (to ten skrzydlaty niby-samolot), zbiornika zewnętrznego (ten pomarańczowy, paliwo w nim zawarte było spalane w 8,5 minuty!) oraz rakiet wspomagających (te dwie po bokach - po ich odpaleniu star MUSIAŁ się odbyć, bo nie było sposobu, żeby je wyłączyć). Orbiter mógł służyć do wysyłania w kosmos satelitów, jak też do ich naprawy w przestrzeni kosmicznej.



Rekonstrukcja kabiny pilota wahadłowca. Jest to wersja po modernizacji - pierwotnie zamiast ekranów znajdowały się szeregi zegarów analogowych ukazujących wszystkie dane na temat lotu. Za plecami piloci mieli wielki panel służący do obsługi ładunku w ładowni wahadłowca. Pod nimi zaś było drugie pomieszczenie - mieszkalne. Były tam łóżka (w dwóch z nich spało się plecami do góry!), kuchnia, ruchoma bieżnia do ćwiczeń i toaleta. Prysznica nie było - do mycia astronauci używali nawilżanych chusteczek (kolejny wynalazek kosmiczny). Po co ruchoma bieżnia w kosmosie? Żeby zapobiec osteoporozie i atrofii mięśni odpowiedzialnych za postawę ciała.

Jedno z urządzeń treningowych. Ma na celu oswojenie astronautów ze zmiennymi warunkami przyspieszenia, szybkimi zmianami równowagi i utratą kontaktu z horyzontem. Innymi słowy - jeśli ktoś to przetrwał, to powinien poradzić sobie ze startem i lądowaniem, a także z poruszaniem się po statku kosmicznym. Ja się nie odważyłem z tego skorzystać, bo byłem po śniadaniu :) Na pocieszenie powiem, że wielu astronautów na orbicie "wymiękało" i przez pierwsze godziny nie było w stanie ruszyć się z miejsca, żeby nie odlecieć do Rygi.

poniedziałek, 12 listopada 2018

Święto niepodległości we Wrocławiu, czyli jak zniszczyć uroczysty nastrój.

Stulecie odzyskania przez Polskę niepodległości powinno być świętem radosnym. Jednak dla mnie i wielu wrocławian było dość przykrym. Wiem, że w innych miastach były na przykład pikniki historyczne. U nas za to, zgodnie z nową świecą tradycją, doszło do przepychanek. Dobrze chociaż, że głównie słownych.

Zaczynało się ładnie. Dużo flag, dzień wyjątkowo jak na tę porę roku pogodny, spacer na dworzec, gdzie przywitała mnie lokomotywa z obrazem w barwach państwowych (na zdjęciu może aż tak tego nie widać, ale obrazek naprawdę efektowny). Ale potem było gorzej.

Zacznijmy od tego, że władze Wrocławia w zasadzie nigdy nie przejmowały się specjalnie Świętem Niepodległości. W przeciwieństwie do tego, co zapamiętałem na przykład z Gdańska, nigdy nie było tu parad z udziałem grup rekonstrukcyjnych, pikników historycznych i innych atrakcji, które mogłyby wzbudzić zainteresowanie Polską i jej historią. Ot, jedna "Radosna Parada Niepodległości", która sprowadza się do przemaszerowania przez miasto uczniów szkół podstawowych i średnich w towarzystwie jednego pana ze źle dostrojonym głośnikiem, z którego dobiegały ledwo rozpoznawalne pieśni legionowe. Różnica w tym roku polegała na tym, że po prostu było więcej ludzi, ale na twarzach malował się jednak lekki zawód - spodziewano się czegoś wyjątkowego, a tu jakoś nic specjalnego się nie wydarzyło.

wtorek, 28 sierpnia 2018

5 lat we Wrocławiu

Dokładnie pięć lat temu na dworcu głównym PKP we Wrocławiu wysiadł sobie pewien skromny ciechanowianin, który od pierwszego wejrzenia zakochał się w tym mieście i postanowił zostać. Tak, już od pięciu lat jestem dumnym wrocławianinem.

Zaczynało się nieciekawie. Miałem w zasadzie nie tyle pewną pracę, co dużą szansę na nią, ale nie wiadomo, od kiedy miała się ona zacząć i jak długo potrwać. Ale wyboru nie miałem - pozostała mi garstka oszczędności, więc musiałem zaryzykować.

sobota, 10 lutego 2018

Moje Nadodrze

Każdy ma swoje miejsce na Ziemi. Moim jest Wrocław. Kocham to miasto, każdą jego uliczkę i kamieniczkę. Jednak w przeciwieństwie do większości, unikam zatłoczonego Starego Miasta czy Ostrowa Tumskiego - wolę przemykać po wąskich, często jeszcze brukowanych uliczkach między kamienicami. Takimi, jakich sporo jest na osiedlu będącym moim aktualnym miejscem zamieszkania.

Nadodrze to twór trochę sztuczny, wydzielony z większego osiedla o nieci dziwnej nazwie Ołbin, które do 1808 r. było osadą przylegającą do miasta. Potem zostało włączone w jego obręb, gdzie stało się tak zwanym Przedmieściem Odrzańskim. Na przełomie XIX i XX w. zbudowano tam setki kamienic, z których większość przetrwała wojnę i można je oglądać do dzisiaj. W 1991 r. Ołbin podzielono na kilka mniejszych osiedli, w tym właśnie Nadodrze.

Osiedle to ma wśród wielu osób opinię nieprzyjemnego i niebezpiecznego. To przesada, żeby nie rzec - bzdura. Ludzie, którzy tak mówią, najczęściej ostatni raz byli na Nadodrzu jakieś 20 lat temu lub chyłkiem przemknęły jedną z głównych ulic, istotnie niezbyt atrakcyjnych. Co do bezpieczeństwa - czuję się tu znacznie pewniej niż w choćby na wspomnianym Starym Mieście. Czy warto tu zajść? Oceńcie sami.

Arcane - 7 lat czekania, ale warto było

Arcane USA 2021 Scenariusz: Christian Linke, Alex Yee Na podstawie gry League of Legends Nie jestem namiętnym graczem, ale świat gier komput...